Głową w mur rzeczywistości

Głową w mur rzeczywistości- Nikt nie jest ideałem, zaraz coś na siebie znajdę. Pamiętam, że w dzieciństwie miałem krzywe nogi, dużą głowę i odstające uszy - mówi Marcin Kwaśny, aktor.

Coś jeszcze?

Gruby byłem. Oczywiście, że miałem kompleksy, człowiek bez kompleksów byłby nieciekawy. Pamiętam, że na początku liceum, gdy chciałem zagadać do nowo poznanej dziewczyny, serducho mi biło, pociłem się i w ogóle nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Jakiś byłem niezborny i niezdarny. Potem zapuściłem włosy, pisałem wiersze, malowałem mnóstwo obrazów olejnych i piłem tanie jabole. Nieśmiałość szybko mi przeszła.

Myślisz, że to dlatego, że tak wcześnie zostałeś aktorem? Swoją pierwszą rolę zagrałeś przecież jako piętnastolatek.

Nie, to raczej dlatego, że miałem kochającą rodzinę. Wychowywano mnie w pełnej akceptacji. Nikt mi nie mówił: Jesteś głupi i brzydki, weź zdejmij beret i idź po ziemniaki. Dzięki temu kompleksy z dzieciństwa odpłynęły. Poza tym bardzo się zmieniłem. Kiedy patrzę na zdjęcia z tamtego czasu, wydaje mi się, że to jakaś inna osoba.

Teraz jesteś ideałem?

Oczywiście, że nie, ale chyba żartujesz, jeśli twierdzisz, że ci powiem, z czym mam problem. Sztuka polega na tym, żeby nikt się nie domyślał. Trzeba podkreślać swoje pozytywne cechy, a gorsze ukrywać. Należy w siebie wierzyć. Nawet, jeśli to trudne, wmawiać sobie, że jest się wartościowym. Ja do tej pory wmawiam sobie, że jestem świetnym aktorem.

Grałeś kiedyś nieśmiałą i zakompleksioną postać?

Tak, miałem wtedy dwadzieścia jeden lat, ale grałem siedemnastolatka. Ten chłopak był naiwny, nie potrafił wyrażać swoich emocji i nie radził sobie sam ze sobą. Żył w cieniu matki, całkowicie przez nią zdominowany. Nie wierzył w siebie i w to, że jest w stanie samodzielnie podejmować decyzje. Był przez to zakompleksionym i bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Może wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby nie patrzył na świat przez pryzmat swojego wyobrażenia o nim.

Nigdy Ci się to nie zdarzyło?

Zdarzyło się, tylko moje wyobrażenia były wręcz odwrotne. W liceum chwilami popadałem w skrajny narcyzm. Wydawało mi się, że jestem super pod każdym względem, a rzeczywistość to potem weryfikowała i okazywało się, że niekoniecznie. 

Bolało?

Oj, tak. Kiedyś zostawiła mnie dziewczyna i mój pogląd, że jestem taki fajny, upadł. Czasem zimny prysznic jest dobry, bo człowiek zaczyna myśleć samokrytycznie. Takie trudne momenty się przydają. Nietzsche miał rację: co cię nie zabije, to cię wzmocni. W szkole teatralnej był taki jeden profesor, który się nade mną pastwił...

Chciał z Ciebie zrobić dobrego aktora, czy po prostu działałeś mu na nerwy?

Nie znosił mnie! Zresztą uczucie to było odwzajemnione. Potem zauważyłem, że w sumie wyświadczył mi przysługę. Gdyby nie on, pewnie wyszedłbym ze szkoły z przekonaniem, że jestem wspaniały, a potem rąbnął głową w mur rzeczywistości. Przynajmniej nauczyłem się, że należy być ostrożnym i mieć pokorę, bo na zbytniej pewności siebie też można się przejechać.

Rozmawiała
Magda Olszewska

Lubię to!