Opowiadanie niedokończone

Opowiadanie niedokończoneTrwały już przygotowania do bitwy. Tysiące wojów uformowanych w oddziały czekało, aż padnie rozkaz wymarszu. Białogłowy płakały, prosząc swoich braci, aby pozostali z nimi, lecz oni żądni chwały szli w obronie swojej ojczyzny, swych grodów, sióstr, matek i żon. Kobiety mimo płaczu i próśb wiedziały o tym i wkrótce dały spokój chowając się w swych domostwach...


Rudowłosy Kveldulf patrzył na te wszystkie sceny i gdzieś w głębi serca poczuł lekkie ukłucie. Nagle odczuł bolesną stratę - przy nim nie było bowiem kobiety która by go opłakiwała. Sięgnął pamięcią najdalej jak mógł, lecz jak zwykle nie mógł znaleźć w zakamarkach swego umysłu twarzy, głosu ani dotyku rąk kobiecych. Jedyne co pamiętał z dzieciństwa to ojciec, zaprawiony w bojach wiking i sznur jego niewolnic, które nie zwracały na niego najmniejszej uwagi. Westchnął cicho. Wojska nadal czekały. Pozwoliło to Kveldulfowi zatopić się w wspomnieniach. Nagle szturchnął go jeden z towarzyszy
- Ruszamy! - krzyknął.
Chłopak zrezygnowany powlókł się za kolumną wojska. Dogonił go przyjaciel z dzieciństwa, Ninasław.
- Witaj! - wrzasnął. - Jak się czujesz!
Kveldulf bąknął coś niezrozumiale w stronę jasnowłosego chwata.
- Chyba cię rozumiem – stwierdził Ninasław. – Nie jest chyba przyjemnie walczyć przeciw swoim, wikingu?
- Jestem Słowianinem - oburzył się chłopak.
- No... taaak. Oczywiście że nim jesteś, ale to, że od dziecka chowasz się w naszej wiosce nie zmienia faktu, że urodziłeś wśród naszych wrogów. Kveldulf spuścił wzrok. Ninasław miał rację.
- Ale ja nie czuję się wikingiem - bąknął rudy chłopak.
- No... cóż,Kveldulf, bycie wikingiem to jedno, a nieczucie się nim to drugie. Nie ukryjesz swoich korzeni. Nikt z nas nie ma rudych włosów to raz, dwa, sam twój wygląd nie wskazuje na to byś był jednym z nas, a po trzecie...
- Zrozumiałem – przerwał wywody Ninasława – chodzi o to że czegokolwiek bym nie zrobił i tak nie będę jednym z was.
- No...cóż... – Ninasław spuścił wzrok i zamilkł.
Kveldulf spojrzał za siebie, na gromadę towarzyszących im dziewcząt. Były młode, piękne, ale nie dla niego. Maszerowały raźno, śmiejąc się i żywo o czymś rozprawiając. Większość z nich była jasnowłosa, barwa ich włosów przypominała letnie dojrzałe zboże lecz parę z nich miało włosy ciemne, kontrastujące z jasną barwą włosów towarzyszek. Jedna z nich Swetłana miała włosy koloru kasztanowego z delikatnym przebłyskiem rudości. Ta uśmiechnęła się do niego nieśmiało, płonąc rumieńcem. Obok niej skakała z radości Lubawa klaszcząc w dłonie i machając do niego z rozbrajającym uśmiechem.
"Ciekawe co je tak bawi" – pomyślał Kveldulf odwracając wzrok.
- Patrzył na ciebie, patrzył! – Luba skakała wokół Swetłany uśmiechając się złośliwie i klaszcząc w ręce.
- Zawrzyj gębę młódko, bo zarobisz – odgryzła się zaczerwieniona towarzyszka.
- Oj Swetłana, ty zawsze musisz się tak odgrażać! To był tylko żart!
- Ładny mi żart wyśmiewać się z moich uczuć – twarz dziewczyny ani na moment nie zmieniła swej barwy
- Przecież się nie wyśmiewam – krzyknęła urażona młódka. – Ja tylko zauważam fakt.
- Też to zauważyłam, nie musiałaś ogłaszać tego wszem i wobec.
- I tak nikt nie słyszał, jesteśmy za daleko.
- Ale wszystkie dziewczyny słyszały!
- Ja nie słyszałam – odparła Sava niby przypadkiem wchodząc dziewczynom w słowo
- Ja też nie
- Ani ja... – dziewczyny potwierdziły chórem
- A o co właściwie chodzi? – zapytała Swantibora złośliwie się uśmiechając
- O nic, absolutnie o nic – żachnęła się Swetłana
- No jasne, że o nic!!! – krzyknęły dziewczyny chórem z minami niewiniątek
- Chodź pójdziemy na chwilę w las, ja muszę – przerwała Luba – A wy, dziołchy zawrzeć gęby bo jak dorwę łuk...
Towarzyszki zareagowały jak na komendę, lecz wyraz ich twarzy sugerował że i tak nic sobie nie robią z pogróżek Lubawy.

Dębowy las szeleścił wesoło i otaczał dziewczyny miłym chłodem. Luba szybko załatwiła sprawę jaką miała do zrobienia i wyłaniając się z pobliskich krzaków uśmiechała się do Swetłany wesoło, jakby z ulgą. Już otwarła usta by coś powiedzieć lecz szybko zamknęła je i spoważniała
- Co jest? – spytała Swetłana ale Luba uciszyła ją skinieniem ręki. Po chwili usłyszały za sobą cichy szelest. Odwróciły się gwałtownie i ujrzały przed sobą płomiennowłosego Kveldulfa . Ten stał w miejscu i wpatrywał się w Swetłanę głupkowato.
- O! Witaj Kveldulf! – krzyknęła Luba uśmiechając się znacząco – Co ty tu robisz?!
- A co cię to obchodzi głupia kobieto?! Nawet gdybym szedł w las po to by wychędożyć jakieś zwierzę, to nie powinno cię to interesować!
Luba zrobiła taką minę jakby zamierzała wymiotować. Chwyciła Swetłanę pod ramię i z podniesioną dumnie głową przeszła obok Kveldulfa "przypadkiem" trącając go ramieniem.
Rudowłosy już chciał zwymyślać dziewczynie lecz gdy się odwrócił nie było już jej w zasięgu wzroku. Postał chwilę opierając się o drzewo. Westchnął. Przypomniał sobie życie w wiosce przed najazdem Wikingów, kiedy to on i Luba wspólnie dokazywali i grali wszystkim na nerwach, ale później coś się zmieniło. Mianowicie sami sobie zaczęli grać na nerwach. Coraz częściej się kłócili, coraz częściej sobie dogryzali. Jedno tylko zostało takie samo, więź braterska. Las szumiał sobie wesoło jakby nigdy nic. Wokół było cicho. Panował niesamowity spokój. Tylko w duszy Kveldulfa trwała wojna. Bitwa, która była ważniejsza dla niego niż cokolwiek innego. Biły się w nim dwie natury. Kim był? Wikingiem czy Słowianinem? Urodził się wśród Wikingów, żył wśród nich, mieszkał. Z drugiej strony od dziewiątego roku życia wychowywali go Polanie dzięki dobroduszności matki Lubawy. Pomagał im w pracach domowych, chodził na polowania, walczył u boku Polan, lecz nigdy nie musiał bić się z Wikingami. Teraz... Musiał wybrać... Wybrać między więzami krwi, a więzami duszy. Coś mu bowiem nakazywało kochać jednych i drugich. Spojrzał na czubki drzew. Te szumiały wesoło nie zdając sobie sprawy z problemów rudego chłopaka. Kveldulf westchnął.

- Jesteś dla niego za ostra – stwierdziła Swetłana zwracając się do przyjaciółki – przecież w końcu coś was łączy, prawda?
- I tak, i nie – skwitowała Luba
- Co to znaczy?
- Dokładnie to co usłyszałaś – uśmiechnęła się – Jesteśmy tylko przyjaciółmi, jeżeli w ogóle można to tak nazwać. Mieszkaliśmy kiedyś pod jednym dachem i to wszystko. Nic nas nie łączyło i nie łączy. - Uśmiechnęła się do Swetłany po raz drugi
- Ale ty masz oczywiście duże szanse - dodała.
- Zaiste, bardzo mnie to pocieszyło, Luba – żachnęła się Swetłana
- A powinno, bo nie masz konkurencji
Swetłana popatrzyła na przyjaciółkę bardzo dziwnie. Wyszły na drogę. Tu unosił się kurz wciskając się do nosa i gardła. Gdy Luba została wciągnięta przez dziewczyny do jakiejś dysputy , Swetłana westchnęła po czym wymruczała do siebie
- Nie masz racji Luba. Moją konkurencją jest on sam.
Odwróciła się. Za nią droga ziała pustką...

Maria Dybizbańska, rok gdzieś pomiędzy 1999 a 2001,
opowiadanie nigdy nie dokończone. Poznań.


Dalszą część opowiadania znajdziecie na www.psichi.pl.
PsiChi