Wybierz zawód

The file ///wyszukiwarka/wybierz_zawod_left.php cannot be included!
It does not exist or is not readable.
Skromność, cecha ludzi wielkich Drukuj Poleć znajomemu

Skromność, cecha ludzi wielkich- Urodziłam się 28 marca. To taka nic nie znacząca data, w tym dniu chyba tylko Libia świętuje niepodległość, nic wielkiego się nie zdarzyło, nikt wielki się nie urodził ani nie umarł. Może i trochę szkoda... - z uśmiechem zastanawia się chwilę Aleksandra Smoter, uczennica krakowskiej "piątki".

Kiedy pytam ją o jakieś fajne miejsce w szkole, by zrobić zdjęcia, bez wahania prowadzi mnie do jednej z klas ozdobionych dzięki jej staraniom. - To moja duma, że w tej, powszechnie postrzeganej jako ścisła, szkole udało mi się przemycić takie humanistyczne akcenty - mówi, wskazując na dekoracje, które jeszcze rok temu zdobiły ulice Krakowa, miasta świętującego wtedy 750-lecie lokacji, by w końcu zawędrować pod dach V LO im. A. Witkowskiego w Krakowie.

Jak zawędrowały? - Kiedy wieszano te sztandary, szłam ulicą i zastanawiałam się: ciekawe, co się potem z takimi rzeczami dzieje, gdzie znikają... I zaczęłam szukać, kto jest ich właścicielem, do kogo można by się zwrócić po usunięciu ich z ulic, by nam je przekazał. W końcu znalazłam odpowiedni urząd i wtedy razem z innymi napisaliśmy podanie, z podpisami dyrekcji i pieczątkami szkoły i wszystko razem wysłaliśmy do Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie. I uzyskaliśmy zgodę - opowiada Ola. Teraz reprodukcje m. in. miniatur ze słynnego Kodeksu Behema i herbów miejskich ozdabiają kilka sal lekcyjnych V LO w Krakowie.

Ikona to nie autorytet

To ten sukces był m. in. powodem, że Ola została nominowana do konkursu Ośmiu Wspaniałych. Po eliminacjach jako jedyna z Krakowa pojechała na finał. Przeżycia? - Na jednej z komisji, które oceniają nominowanych, zapytano mnie o autorytety. Wtedy się zawstydziłam, bo stwierdziłam, że ja autorytetu nie mam. Ale potem sobie pomyślałam, że to żaden wstyd, ten brak autorytetów. Przecież sama mam jakąś inwencję i sama potrafię coś tworzyć. - tłumaczy Ola.

Dziewczynie nie udało się zająć miejsca w finale. Ale nie żałuje. - Nie miałam szans - ocenia realnie. Finaliści tego konkursu okazali się tytanami społecznikostwa, a dla Oli, jak podkreśla, ważne jest, by mieć czas dla siebie, by znaleźć we wszystkim miarę. - Jeśli miałabym się angażować we wszystko, co tylko można robić, to nie zaangażowałabym się tak naprawdę w nic - mówi. - A ja cenię sobie swój wolny czas, bo to on m.in. pozwala mi w pomaganiu znajdować przyjemność.

To tu jestem potrzebna

Ola pomaga innym od czasów gimnazjum. Wtedy chodziła m.in. na spotkania kółka misyjnego i pracowała np. przy przygotowywaniu wystaw o Afryce i misjach, z jakimi przyjeżdżali do nich misjonarze-kapucyni. A potem, gdy poszła do liceum, okazało się, że "piątka" sąsiaduje z ogrodem kapucynów. I tak się zaczęło - wolontariat na poważnie. Ola opisuje to tak: - Gdy byłam jeszcze w gimnazjum, to bardzo chciałam sama wyjechać na misje. Myślałam, jak większość "fajnie jest tam jechać". Ale teraz widzę, że pomoc tu, w Polsce, też jest bardzo potrzebna. Nasza praca się liczy: od pomocy w sekretariacie choćby przy porządkowaniu jakichś papierów, przez sprzedawanie pamiątek z Afryki i zarabianie w ten sposób na misje, po organizowanie różnych akcji.

Jedną z takich akcji było rozdawanie bułek bezdomnym na dworcu i w centrum miasta. Pewnie rzadko kto to robi. Czy się bała? - Chodziliśmy grupą, więc było nam raźniej - mówi szybko Ola, która zapamiętała z tej akcji coś innego: - Wiadomo, tak brutalnie mówiąc, że ci ludzie śmierdzą, nie są w dobrym stanie. Więc czułam raczej wstyd. To znaczy... Bo mnie się wydaje, że ja na ich miejscu bym się wstydziła, że taka jestem, a tu ktoś do mnie podchodzi. Ale z drugiej strony, to chyba nie jest do końca tak. Bo jeśli oni tę pomoc i rozmowę przyjmowali z radością, to chyba nie miałam racji.

Bo w pomaganiu, jak śmieje się Ola, jest mała interesowność. Ta praca daje jej radość. - Ale skoro mnie to cieszy i cieszy kogoś innego, to nie ma się nad czym zastanawiać. - kwituje.

Tego, kto chce być wolontariuszem, według Oli powinna cechować przede wszystkim determinacja, by mimo innych zajęć umieć znaleźć czas i na pracę dla innych. - Pomaganie wymaga też dojrzałości. Trzeba umieć wybierać, co jest dla mnie ważne i nie skupiać się nad tym, co nie jest istotne.

Pozory mylą, jak zwykle

Ta sama umiejętność wartościowania, która przydaje się w pracy wolontariuszki, cechuje Olę i w szkolnym życiu. Bo wbrew temu, co się powtarza w Krakowie, zdaniem Oli "piątka" nie jest szkołą, w której wyśrubowany poziom nie pozwala uczniom na nic więcej poza nauką: - Zawsze, jak są dni otwarte szkoły, to mówię: tu, jak wszędzie indziej, sam decydujesz, ile się uczysz i jak. Jeśli chcesz sobie wypruwać żyły, by mieć piątki z góry na dół, to możesz. Ja w tym sensu nie widzę. Ale jeśli jesteś z jednej rzeczy dobry, to w tej szkole nikt ci nie przeszkodzi, byś się w tym jednym rozwijał.

Ola piątek z wszystkiego nie ma. I swoją szkołę bardzo często poleca innym. Tu np. kontakty z kadrą są żywe i nowoczesne. - Często piszemy do siebie np. przez naszą-klasę, a pracę pisemną, jak już nie możemy jej inaczej przekazać, zawsze możemy wysłać nauczycielowi mailem - zdradza. Mówi też, że "piątka" to szkoła, w której ponad normę wykracza życzliwość nauczycieli. - Nie wiem, czy gdzieś indziej jest tak, że uczeń coś mówi, że czegoś by chciał, że o czymś marzy, a nauczyciel potem biega za tym przez tydzień, aż zdobędzie? - pyta retorycznie. To dzięki takiemu właśnie podejściu Ola dostała zaproszenie na spotkanie z Dalajlamą. Tylko dlatego, że poszła i powiedziała: "bo ja bym chciała".

Magda Tytuła