Ranking Szkół Wyższych 2011
Droga Koźmińskiego Drukuj Poleć znajomemu
Najlepsza niepubliczna uczelnia w Polsce

Droga KoźmińskiegoNic lepszego nie można sobie wyobrazić, niż mieć własną drogę, to znacznie lepsze niż własny samochód. Trudno znaleźć lepszą sentencję prof. Andrzeja Koźmińskiego, która tak mocno pasuje do jego życia i pokazuje go jako człowieka, naukowca, twórcę uczelni. No może mniej filozoficzną, za to konkretną: – Nie każdy może zbawiać świat, natomiast każdy powinien się starać robić bardzo dobrze to, co umie i co może. Za każdym słowem w tym motto kryją się jego wieloletnia praca, doświadczenia i marzenia. Ważnym słowem jest też szczęście...

– Z obozu w Pruszkowie wieziono nas do Oświęcimia, gdzie przez dłuższy czas czekaliśmy w pociągu na bocznicy kolejowej. Komendatura obozu odmówiła przyjęcia kolejnego transportu, w związku z czym cofnięto nas gdzieś w pole i wypuszczono – to jeden najmocniejszych obrazów, jakie zapadły w pamięć prof. Andrzeja Koźmińskiego, wówczas czterolatka. Wcześniej, w trakcie Powstania Warszawskiego udało mu się cało wyjść ze zbombardowanego „krową” domu. – Czyli można powiedzieć, że  mam w życiu szczęście… Także w tym, że udało mi się spotkać grupę ludzi, z którymi stworzyłem uczelnię. To jest przedmiot mojej największej dumy, że to się udało, i to tak, jak tego chciałem od początku.

Czasy, kiedy wszystko było możliwe

Po raz pierwszy stanął przed Szkołą Główną Handlową, uczelnią, która wywarła na nim ogromne wrażenie, w 1945 roku, mając 4 lata. Z pewnością był to rajski ogród jego dzieciństwa, w którym zawsze cenny punkt stanowiła uczelnia. W tym czasie SGH była uczelnią prywatną, ukształtowaną przed wojną przez Bolesława Miklaszewskiego, dopiero w 1949 roku została upaństwowiona, zestalinizowana i zniszczona. Od 1945 roku zaczął się okres odbudowy Szkoły. Jego ojciec, prof. Leon Koźmiński, profesor SGH w czasach przedwojennych i powojennych, należał do grupy, której liderem był prof. Andrzej Grodek, ostatni rektor przed upaństwowieniem SGH i osoba bardzo znacząca w historii uczelni.

To postać, która odegrała bardzo ważną rolę także w jego życiu – wspomina. Ale jego mistrzem był ojciec. – Przede wszystkim odegrał bardzo istotną rolę w wyborze drogi życiowej. Uważał, że powinienem zająć się nauką i pchnął mnie w tę stronę, po pierwsze w kierunku handlu wewnętrznego, po drugie – w kierunku socjologii. Godzenie kierunków okazało się bardzo korzystne, dlatego, że otworzyło mi szerokie horyzonty.

Skończył stołeczne liceum Reytana, był w ostatnim roczniku męskiego liceum, miał dobrych przedwojennych nauczycieli. Studia zaczął w 1958 roku, to ważne, bo to był czas, kiedy jeszcze czuło się Październik. Nam się wtedy wydawało, że Polska ma szanse być czymś wyjątkowym w tak zwanym bloku wschodnim – wspomina. Studiował równocześnie ekonomię i socjologię. W ten sposób znalazł się w dwóch odmiennych środowiskach SGPiS-u i Uniwersytetu Warszawskiego.

– Po 1956 roku wszyscy starzy profesorowi: Lipiński, Ossowski, Tatarkiewicz, Kotarbiński wrócili na Uniwersytet Warszawski. Wbrew temu, co się uważa, na polskich uczelniach całkiem przyzwoicie wtedy uczono, bo to była ta stara kadra. Nigdy nie miałem żadnych kompleksów, wręcz przeciwnie, byłem – jak sądzę – lepiej wykształcony niż wielu ludzi na Zachodzie, po prostu dlatego, że miałem znakomitych profesorów i dość szeroki zakres zainteresowań. Także poezją i to do tego stopnia, że bardzo wahał się między byciem poetą a naukowcem.

W SGH jego mistrzem był profesor Alesky Wakar, który – jak przyznaje – silnie go ukształtował i nauczył paru bardzo ważnych rzeczy. Po pierwsze tego, że w nauce trzeba poszukiwać oryginalności, po drugie – że trzeba być gotowym na zmiany własnych poglądów, umieć zgruzować to, co się przedtem myślało i pisało i spróbować zacząć od nowa, a po trzecie – że trzeba patrzyć na sprawy chłodno, umieć oddzielać swoje poglądy, emocje, sympatie i antypatie od naukowej analizy. Prof. Michał Kalecki, kolejna wielka postać w jego życiu, nauczył go żelaznej logiki rozumowania, miał też mistrzów na socjologii – prof. Stanisława Ossowskiego, Stefana Nowaka, Juliana Hochfelda.

Prowadził bogate życie intelektualne i towarzyskie, we wspólnocie pomiędzy pracownikami nauki a studentami, wśród nich było wielu wybitnych. Centrum stanowiło cotygodniowe seminarium prof. Stefana Nowaka, przychodziło tam dużo ludzi, którzy potrafili dyskutować na ważne wtedy tematy.

– Wtedy tak się żyło, od imprezy do imprezy. To było towarzystwo ludzi, którym wówczas zdawało się, że wszystko jest możliwe. I to mi zostało. Przede wszystkim marzyliśmy o tym, żeby Polska była niepodległa, żeby należała do świata zachodniego, żeby była otwarta, nowoczesna, demokratyczna. W tym czasie były to szaleńcze marzenia. Nauczyłem się cenić te wartości. Przyznaje, że Janusz Szprotański, poeta i satyryk, zaraził go „pewną chorobą” – rodzajem politycznego zboczenia, które do dziś mnie nie opuszcza. Polega ono na tym, że sceny politycznej nie umiem obserwować i odbierać inaczej niż w kategoriach groteski. Często nie mogę się powstrzymać, jak słyszę kolejnego polityka, który wygłasza kolejne przemówienie na kolejnym kongresie. To po prostu ryję ze śmiechu.

W miarę upływu lat 60. zaczynało się robić coraz gorzej, przyszedł koszmarny Marzec 1968 roku, który zakończył ten „lepszy” okres. Ludzie obierali wówczas różną drogę – od sprzeciwu do wycofania. – Tacy jak prof. Stefan Nowak, czy ja, postanowiliśmy robić tutaj to, co trzeba, i co się da. Ten wybór miał swój sens, dlatego, że myśmy wykształcili dużą grupę ludzi, którzy później zrobili znacznie więcej.

Te lata ugruntowały jego przekonanie, jak bardzo ważne jest poczucie wspólnoty, w tym wspólnoty wartości i że wspólne dzieło jest wartością nadrzędną. – Z tych czasów zostało mi jeszcze coś, co uważam za cenne – zdrowy rodzaj snobizmu, który polega na tym, że trzeba czytać pewne książki, widzieć pewne rzeczy, bywać w pewnych miejscach, po to, żeby być człowiekiem współczesnym ale zarazem dobrze wykształconym i kulturalnym.

Niestety, ubolewa, te wartości są przekazywane młodszym pokoleniom w niewielkim stopniu. – Spotykam się ze studentami, którzy nigdy w życiu nie byli w teatrze albo operze, nie czytali Nieboskiej komedii ani Lorda Jima i z tymi ludźmi ciężko mi jest znaleźć wspólny język, bo funkcjonujemy na zupełnie innych platformach informacji, symboli, punktów odniesienia. Zastanawiam się, czy to nieuniknione?

I kolejne 20 lat życia

Tak dobrze wykształcony ekonomista i socjolog w rezultacie jako profesję wybiera… zarządzanie. Sprawa tego wyboru nie jest tak oczywista, kiedy w grę wchodzi polityka, ale jest faktem, że na początku lat 70. znalazł się w Instytucie Zarządzania na UW, wówczas instytucie międzywydziałowym. Na fali Solidarności został wybrany dziekanem Wydziału Zarządzania na UW w 1981 roku, ponownie w 1987. Pod koniec lat 80. udało mu się pozyskać środki finansowe na cele związane z poprawą edukacji w zakresie zarządzania. Powstało wówczas Międzynarodowe Centrum Zarządzania przy UW, istniejące do dzisiaj, w którym wykształciło się kilkuset menedżerów. Centrum dobrze funkcjonowało, a mimo to utworzył wraz z grupą bliskich współpracowników swoją uczelnię prywatną. Dlaczego?

– Po pobycie w Stanach powziąłem zamiar utworzenia nowoczesnej szkoły biznesu typu amerykańskiego, która musi być elastyczna, stosunkowo niewielka i nie podlegająca układom. Dlaczego? Z tej samej przyczyny, dla której zawsze poszukiwałem maksymalnej niezależności i swobody. Struktury wielkich państwowych uczelni takich możliwości nie dają. A ponieważ marzyłem o stworzeniu własnej uczelni, to przyszedł ten czas.

Najpierw powstała Międzynarodowa Szkoła Zarządzania, mała instytucja zajmująca się doskonaleniem, podobna do Międzynarodowego Centrum Zarządzania UW. A z tego zrobił uczelnię, która w dużej mierze jest spełnieniem jego marzeń. – Kiedy to zaczynaliśmy wspólnie z kolegami, to przed moimi oczyma była taka uczelnia, jak jest dzisiaj. To znaczy duża, szerokiego profilu, z pełnymi uprawnieniami akademickimi, z mocną działalnością międzynarodową, z silnym centrum kształcenia podyplomowego. Tylko mnie się wydawało, że uda się to zrobić od razu. Nie sądziłem, że zajmie mi to następnych 20 lat, czyli resztę mojego życia. Ale nie żałuję tego.

Jak wyobraża sobie uczelnię na kolejne 5, 15 lat? – Pozostaniemy nadal tym, czym jesteśmy, to znaczy szkołą biznesu szerokiego profilu, w której jest miejsce dla ekonomii, prawa, administracji, zarządzania i finansów. Ponieważ nieźle udaję się nam plasować na międzynarodowym rynku, to myślę, że pozycja regionalnego lidera w Europie Środkowo-Wschodniej jest w naszym zasięgu. Myślę także – jeśli patrzeć przez sukcesy uczelni np. w rankingu „Financial Times”, że w perspektywie 5, 10 lat w naszym zasięgu jest pierwsza dwudziestka w Europie. Musimy być takim „research university”, instytucją, w której naukę się nie tylko sprzedaje, ale także taką, gdzie nauka powstaje.

Wszystko jest możliwe – uważa profesor. No cóż, okazuje się, że bardziej od tego, co już stworzył, szalony jest pomysł, żeby z okazji 70. urodzin pojechać na sławny, najpiękniejszy rajd samochodowy Mille Mihlia – 1000 mil dookoła Włoch swoim samochodem, 50-letnim mercedesem SL…

Szerokiej drogi, Szanowny Panie Profesorze!

Na podstawie książki
Koźmiński Reaktywacja
opr.  Lidia Jastrzębska

 

Droga Koźmińskiego

 

Lubię to!