Wybierz zawód

The file ///wyszukiwarka/wybierz_zawod_left.php cannot be included!
It does not exist or is not readable.
Jestem tchórzem i mam szczęście Drukuj Poleć znajomemu
Jestem tchórzem i mam szczęście Wojciech Jagielski, korespondent i reporter. Perspektywom opowiada o ulubionych krajach, pisaniu książek, przygodach reportera i o tym,  kiedy zrezygnowałby z dziennikarstwa.

Gdzie pojechał pan ostatnio w dziennikarską podróż?

Do Afganistanu. To było w marcu.

Jaki był główny cel?

Pojechałem, bo staram się tam jeździć tak często jak to tylko możliwe. Pojawiła się okazja, żeby wjechać do prowincji, do których sam bym nie wjechał, była możliwość przeprowadzenia wywiadu z dowódcą wszystkich wojsk zachodnich, więc pojechałem. Jeżeli pojawi się kolejna, też pojadę. Nie czekam aż ktoś zadzwoni i zaproponuje wyjazd, tylko sam szukam, zabiegam. 

Czy z każdego wyjazdu udaje się przywieźć materiał dziennikarski?

Tak, ale to m.in. dzięki temu, że specjalizuję się w jakimś temacie – jeżdżę po części Azji od 20 lat. Wyjeżdżam nastawiony na codzienne wydarzenia. Rzadko zdarzają się takie wyjazdy jak ten marcowy, który nie był związany z niczym konkretnym. W sierpniu jadę na wybory do Afganistanu – mam gwarancję, że napiszę, kto wygrał, kto przegrał, co się działo. Dodatkowo – od jakichś 10-15 lat, piszę po takich wyjazdach reportaże. Szukam klucza, próbuję dowiedzieć się, na czym polega np. wojna w Afganistanie. Jednak nie pracuję w dziale reportażu czy publicystyki, gdzie wyjeżdża się po to, żeby napisać jeden tekst – czasem się okazuje, że w wybranym miejscu sytuacja wygląda inaczej i trudno ten reportaż stworzyć. Moje wyjazdy są czasem wyjątkowo udane, a czasem zwyczajnie dobre.

Jest pan raczej kojarzony jako reportażysta, korespondent, a jednak bliżej panu do depeszowca. 

Z tym określeniem nie do końca bym się zgodził. Podczas spotkań z czytelnikami jestem tak samo kojarzony z codziennych relacji jak z reportaży. Duża częstotliwość pojawiania się nazwiska Jagielski z nazwami typu Katmandu, Grozny, Kabul zrobiła ze mnie korespondenta. Jednak korespondent jest w moim rozumieniu osobą, która jedzie do jakiegoś miejsca na dłuższy czas – ma tam swoje biuro, mieszkanie. Ja tak nie żyję, choć jak się skądś nawet przez tydzień wysyła korespondencje, to się korespondentem zostaje. Nazwanie mnie reporterem jest miłe, bo, choć to niesprawiedliwe, uważa się reportaż za arystokrację dziennikarstwa. Mimo wszystko wychowano mnie na depeszowca, ale po paru latach w mediach, gdy wiem, że zjawiska nie są czarno-białe, mam głębsze przemyślenia i chcę je też zawierać w dłuższych formach.

Nie czuje pan, że zajmując się depeszami, które zawierają informacje: co, gdzie, kiedy, jak i dlaczego, coś pan traci? Jak się pan do swoich podróży przygotowuje?

Może to wygląda jakby wymagało niesamowitych przygotowań, ale nic nadzwyczajnego nie robię. Nie zaopatruję się w specjalny sprzęt. Zabranie czegoś odpowiedniego do pogody w miejscu, do którego jadę – to wszystko. To niczym nie różni się od wyjazdu na Mazury, w Bieszczady. Globalny świat zmienia podróże, odbiera tajemnicę. Kongo, Afganistan, Sudan to były dla mnie ostatnie kraje, do których się jechało i znikało, bo nie było możliwości komunikacji, poruszało się z prędkością 5 km/h, bo nie było dróg, a te co były zburzono lub, jak w Kongu, zarosła puszcza. Do Afganistanu przyjeżdżałem łódką z przemytnikami, konno. A dzisiaj – kupuję bilet przez internet, drukuję go, wysiadam w Kabulu, odprawiają mnie i już. To już nie jest koniec świata. Ważne jest natomiast wybranie dobrego momentu na wyjazd – ani za wcześnie, ani za późno. Tak kalkulowaliśmy jak była Rewolucja Róż w Tibilisi. Zbagatelizowałem wydarzenia i dopiero później zorientowałem się, że to poważna sprawa. Przekonywałem szefów, żeby jednak jechać. Oni trochę przeciągali i w końcu trzy godziny po moim przylocie wszystko się skończyło. To jest najgorsze – wylądujesz i patrzysz, że jest właściwie po wszystkim. 

Jest Pan z wykształcenia dziennikarzem. Studiował pan też afrykanistykę.

Afrykanistyki nie skończyłem i bardzo żałuję. Poszedłem na dziennikarstwo i nauki polityczne i na pierwszym roku myślałem, jak stamtąd uciec. Zostałem, ale na stosunkach międzynarodowych. Ta specjalizacja dała mi podstawę do tego, o czym chciałem pisać. Na afrykanistykę poszedłem, bo Afryka mnie interesowała – pewnie z powodu Kapuścińskiego, ale i tak samo z powodu Hemingwaya i stanu wojennego w Polsce. Ten ostatni oznaczał, że trzeba było chodzić na wszystkie zajęcia – miałem dobre oceny, więc wziąłem indywidualny tok studiów i odrzuciłem nudne wykłady z nauk politycznych, a w zamian wziąłem to, co mnie interesowało. Strasznie chciałem na afrykanistyce studiować suahili. Jednak w końcu trafiłem na zajęcia z hausa, ale ten czas tylko nasilił moje zainteresowanie Afryką. 

Jak w takim razie, zniechęcony studiami dziennikarskimi, trafił pan do mediów?

Z początku nie chciałem być dziennikarzem, ale dostałem się do działu zagranicznego PAP-u i od razu poczułem, że to jest to. Tam nauczono mnie, że dziennikarz to jest ktoś, kto się na czymś zna. Pozwolono mi zajmować się Afryką, ale później mój szef uznał, że żeby rozładować moją energię, przydzieli mi południe ZSRR. Odebrałem to jako wyrok – zabierają mi Afrykę na rzecz czegoś, co mnie nie obchodzi. Szef powiedział, że będę miał tam szansę oglądać coś, co Kapuściński widział w Afryce – dekolonizację imperium. Wydawało mi się to stekiem bzdur, ale pojechałem i będę do końca życia wdzięczny nieżyjącemu już red. Czarneckiemu, że mi kazał. Na własne oczy widziałem, jak powstają nowe państwa. 

Jakie wspomnienia towarzyszą tej pierwszej podróży?

Strach, ogromny strach.

Jak go pan przezwyciężał?

Ja mu ulegałem. Wszystkiego się bałem – czy zdążę na samolot, czy pójdę w dobrą stronę, czy się dogadam, co ja tam będę robił.

W PAP-ie w pewnym momencie zaczęło pana nosić po ścianach. Dziennikarze mają wpisaną ciekawość i energię w siebie. Czy pasja, która siedzi w człowieku na początku, zostaje na długie lata?

Tak, ale jak każde uczucie się zmienia. W młodzieńczej naiwności kryje się potężna siła, ale z drugiej strony jest skażona uproszczeniem. Ja już nie mam wiary w jasność, wiem, że to, co robi wrażenie dobrego, nie jest takie dobre. Gdybym nie czuł w sobie ciekawości do tego świata, który opisuję, to bym go prostu nie opisywał, bo byłby to brak szacunku dla czytelników, dla tej części globu, dla mnie samego i mojej pracy. Jeżeli przestanę czuć ciekawość, ustąpię miejsca kolejnym osobom. 

Patrząc na rynek wydawniczy wydaje się, że reporterzy są skazani na napisanie przynajmniej jednej książki.

Myślę, że tak, chociaż za tym musi kryć się coś więcej Gdy postanowiłem napisać pierwszą książkę i dumnie powiedziałem o tym Kapuścińskiemu, zapytał, czy koniecznie muszę to robić. Pomyślałem: człowiek się chwali, a on z takim pytaniem. Dopiero później zrozumiałem, że jemu nie chodziło o to, żebym lepiej nie pisał książki, tylko żeby miała ona głębszy przekaz. Dla mnie książka jest czymś ogromnie ważnym – nie chodzi o to, żeby zebrać reportaże, oddać do wydawnictwa i wpisać w CV pozycję: autor książki. To, że reporter nie może się wypisać do gazety, nie jest jeszcze żadnym uzasadnieniem. Jednak wcale z reporterki nie trzeba przechodzić do literatury. Mój kolega Wacław Radziwinowicz, który zna Rosję jak nikt inny i mógłby ją opisać, w ogóle nie ma takiej potrzeby. On się wyżywa w pisaniu codziennych relacji. 

Kwestia charakteru?

Tak, chodzi o temperament. Chodzi o potrzebę ekspresji. Jeżeli ta potrzeba jest zaspokajana przez jedno, to po co się pchać. Czasem książka okazuje się właściwym miejscem. Ja się w tym odnajduję. 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Joanna Sopyło

Lubię to!