Wybierz zawód

The file ///wyszukiwarka/wybierz_zawod_left.php cannot be included!
It does not exist or is not readable.
Ściągnij płytę z... półki! Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 24
KiepskiŚwietny 

Ściągnij płytę z... półki!Pierwszej w życiu satysfakcji muzycznej doznałam w wieku 10 lat. Historia jest krótka, nie omieszkam więc podzielić się z wami tym ważnym rozdziałem w życiu muzycznego schizofrenika.

Mając na karku 10 lat niewinności, dziecięcą sielankę beztroskiej wolności zbrukałam pracą! Do dziś nie mogę otrząsnąć się z żalu nad straconym czasem. Dziecko, które wakacje spędza roznosząc ulotki, można określić jako:
a) samobójcę,
b) niewolnika,
c) kogoś, kto zrobi wszystko, aby zdobyć obiekt swoich westchnień kilku ostatnich miesięcy.
Otóż, w moim przypadku przeważyła ambicja i pragnienie posiadania na własność płodu mistrzów, moich ówczesnych idoli, za których oddałabym życie. Miesiąc przepracowanych wakacji okazał się zatem poświęceniem średnio-śmiertelnym…

Californication, siódmy album w dorobku fonograficznym grupy Red Hot Chili Peppers. To właśnie dla kompilacji piętnastu utworów autorstwa Papryczek wypruwałam sobie żyły będąc dzieckiem. Po odłożeniu wystarczającej kwoty na kasetę (o płycie mogłam wtedy jedynie pomarzyć), udałam się do sklepu muzycznego (notabene, dziś ten lokal jest siedzibą sklepu odzieżowego dla żądnych różu i świecących topów nastolatek).

Stoję przed drzwiami sklepu. Ciągnę za klamkę. I tu pojawia się problem. Rozmarzone dziecko nie zostało uprzedzone o tym, że niedziela to nienajlepszy czas na zakupy. Tego dnia mogłam jedynie pocałować sklepową klamkę. Ale dzień później już się udało. Trzymając w dłoniach obiekt mego muzycznego pożądania, nie byłam w stanie mówić, ba, nie byłam w stanie myśleć. Kasetę z folii odwinęłam dopiero trzeciego dnia od czasu jej zakupu, nie pytajcie dlaczego. Mój stosunek do muzyki zapisanej, czy to na kasecie, czy płycie, nie zmienił się od czasu tamtego wydarzenia.

Ciekawi Was zapewne, dlaczego dzielę się najpiękniejszym dniem życia dziesięciolatka. Dlaczego wspominam o kasetach, które już dawno zopstały wyparte przez płyty CD, a te z kolei też niedługo zapewne odejdą w niepamięć za sprawą nowych technologii. Powód jest dość prozaiczny, prostszy, niż mogłoby się wydawać. Tęsknię, najnormalniej w świecie, tęsknię za tamtym stanem rynku muzycznego i jego obrazem w oczach młodych ludzi. Ubolewam nad dobą dwudziestego pierwszego wieku, nad dostępem do każdej możliwej piosenki w Internecie, nad bezmyślnym złodziejstwem i obłudą pseudo-fanów muzyki. Wystarczy przyjrzeć się rozmowie przeciętnych nastolatków na szkolnych korytarzach i słynnej już wypowiedzi w stylu: „Tak, jest świetny, mam wszystkie jego płyty… na dysku!”.

Otóż kochani, na dysku można mieć zdjęcie z pierwszej komunii świętej młodszego brata, można mieć szkolne wypracowanie i ściągi na najbliższy sprawdzian z matematyki, nie wspominając już o kolekcji zdjęć zarabiających na życie ciałem „artystów” czy też całą serię gier strategicznych (w które sama grywam, co otwarcie przyznaję). Co na dyskach waszych komputerów robi… kradziona, nielegalnie ściągnięta z Internetu, muzyka?!

Wymówek i usprawiedliwień znajdziemy tysiące:
...bo mama wstrzymała kieszonkowe,
tata nie lubi jak płyty na półkach porastają kurzem,
a to przez przypadek...
to od siostry, bo ona nie wie, że tak nie wolno.


Kolega ma też własną wymówkę: „przecież 6 giga muzy na dysku to nic wielkiego”. Cóż, zastanawiam się, czy podobne stanowisko w tej sprawie mają autorzy słuchanej przez was muzyki. Proces nagrania płyty w studiu, nie wspominając już o jej wydaniu jest nie tylko potwornie czasochłonny, ale i kosztowny. Artysta często musi zainwestować sporą kwotę, żeby osiągnąć jakikolwiek zysk, co i tak nie daje żadnej gwarancji dochodu. Dlaczego, jako „fani”, nie możecie docenić tego, co robią wasi idole? Nie możecie udowodnić, ile tak naprawdę znaczy dla was to, co robią, ile znaczy dla was ich talent, praca i zaangażowanie w chęć dzielenia się dźwiękiem?!

W jaki sposób zespół ma wydać kolejną płytę, skoro pierwsza sprzedała się w liczbie zaledwie kilku egzemplarzy? Jak debiutanci sceny muzycznej, nie ważne czy to sceny polskiej czy zagranicznej, mają mieć chęci i motywację do dalszej pracy? Jak mają wierzyć w przyszłość rynku fonograficznego, jeśli efektem ich pracy okazuje się brak szczerości ich fanów, osób, które w pierwotnym zamierzeniu miały być odbiorcą miesięcy pracy spędzonych w studiu. Czy naprawdę zasada „jak dają, to bierz” jest dziś tak powszechnie wyznawana?

W świetle prawa, o ile mi wiadomo, przestępcą nie jest ten, który „ściąga”, ale ten, który muzykę udostępnia. To, co piszę, nie ma na celu obwiniania całego świata o nieuczciwość i zakłamanie, nie chcę oskarżać Was o coś, czego być może wielu z was naprawdę unika. Pragnę jednak zwrócić uwagę na pewien aspekt waszego życia, którego konsekwencje odczuwają wasi ulubieńcy. Tracą na tym bowiem ci, których rzekomo kochacie, podziwiacie, szanujecie i względem których chcielibyście być uczciwi.

Usprawiedliwieniem jest na ogół cena płyt w Polsce.
Wydawnictwa, szczególnie gwiazd zagranicznych, są po prostu drogie, większość społeczeństwa nie może pozwolić sobie na zakup każdego ulubionego krążka. Być może jest w tym trochę prawdy, ale to nienajlepszy pomysł na samoobronę w przypadku nielegalnego pozyskiwania ton muzyki z Internetu. Płyty można kupić na aukcjach internetowych nawet za połowę ceny, na portalach, zajmujących się sprzedażą płyt kompaktowych klientom oferuje się cały szereg promocji i zniżek, wystarczy od czasu do czasu zajrzeć na portal i sprawdzić, czy aby ulubiona płyta nie została przeceniona. Kończąc wątek finansowy, spójrzmy prawdzie w oczy, rezygnując z czterech zestawów w McDonalds’ie, odpuszczając sobie trzy seanse filmowe i tony popcornu jesteście w stanie kupić krążek, o którym marzycie. Sama nie jestem milionerem, zakup płyty zajmuje mi czasem dobry miesiąc, odkładam tygodniami, aby móc wybrać się na zakupy do sklepu muzycznego. Czy to aby na pewno takie trudne zadanie dla „fanów” muzyki?

Są też pozytywne strony internetowego rynku muzycznego. Mianowicie chodzi mi o możliwość „ściągnięcia” muzyki za pozwoleniem zespołu, staje się to coraz popularniejszym pomysłem na wypromowanie kapeli czy debiutanta. Za niewielką opłatą można nabyć album drogą internetową i odetchnąć z ulgą, że w końcu zrobiło się coś legalnie. Przykładem może być zespół Radiohead, który w minionym roku krążek In Rainbows udostępnił fanom za przysłowiowe „co łaska”. Ci z kolei udowodnili, jak wiele znaczy dla nich zespół, a przede wszystkim muzyka, nabywając krążek również drogą zakupu go w oryginale, po standardowej cenie. Świadczy to o tym, że jednak MOŻNA, czyż nie? Można być uczciwym, można poradzić sobie w sposób legalny z chęcią posiadania ulubionej płyty.

Nikogo nie potępiam, nie wierzę, że istnieje młoda osoba, której w życiu nie zdarzyło się „ściągnąć” choć jednego utworu z internetowych, nielegalnych półek. Nie ma jednak nic lepszego, niż satysfakcja z dokonanego zakupu. Nie ma nic piękniejszego niż naoczny dowód oddania brzmieniom, szacunku dla ulubionego artysty, uczciwości wobec całych zastępów producentów, którym także należy się wdzięczność. Wreszcie, nie ma nic piękniejszego, niż radość pierwszego odsłuchu płyty w odtwarzaczu, zapach książeczki i piękno oprawy graficznej, czystość odtwarzanego dźwięku. Zaręczam, że płytę CD, nabytą za własne, ciężko zarobione pieniądze, traktuje się jak dziecko. Nie ma także nic bardziej przejmującego, niż moment po koncercie, gdy artysta może podpisać się na okładce oryginalnej płyty…

Nie wiem, czy tylko moja muzyczna schizofrenia sięga tak daleko. Nie wiem też, czy ktokolwiek z was, muzykomaniacy, podziela moje zdanie w tej kwestii, ale wierzę w muzykę, wierzę w jej siłę. Brzmi prozaicznie, ale…proponuję przekonać się na własnej skórze.

Ada Pastuch